Sen to, czy jawa?

Debiut Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego w Operze Wrocławskiej

 

                                                Poznawać to zupełnie co innego niż rozkładać na poszczególne elementy i tłumaczyć.  To   poddać się wizji. Lecz żeby zobaczyć naprawdę, trzeba przedtem uczestniczyć! 

                                                  A to twarda szkoła…

                                                                                                                       Antoine de Saint-Exupéry - Pilot wojenny

    W wypadku recenzenta jest podobnie. Żeby poznać ideę reżysera inscenizacji i reżysera muzycznego (=dyrygenta), trzeba uczestniczyć w tym, co się dzieje na scenie operowej i w kanale orkiestrowym. To trochę banały, jeżeli rozumieć to wprost.  W istocie chodzi o to, by poddać się wizji twórców przedstawienia operowego. PODDAĆ SIĘ, tzn. zapomnieć o innych widzianych inscenizacjach, bo to przeszkadza w tym poddawaniu się - do tego można odnieść się na koniec; gdy przebrzmi ostatni akord e-moll i przyjdzie czas na refleksje. Takie myśli nasunęły mi się po lekturze trzech wypowiedzi na temat spektaklu premierowego Eugeniusza Oniegina w Operze Wrocławskiej 7 lutego 2015.

   

      Gdy rozsuwa się szkarłatna kurtyna, ukazuje się w srebrzysto-księżycowym półmroku (jakby senne widziadło) obraz wypełniający całe okno sceny. Przez muślinową zasłonę widzimy jakby zatrzymane w kadrze wnętrze dworku Łarinych z przylegającym doń ogrodem. Dominują wysokie kolumny - uniwersalny pomysł scenograficzny obecny we wszystkich "scenach lirycznych". Można się zatem od samego początku domyślić, że koncepcja realizatorska przesunie się w kierunku symboli i psychologicznego dramatu, czyli tak, jak chciał tego sam kompozytor nazywając swe dzieło "scenami lirycznymi", a nie operą. Muzyka też za chwilę komunikuje o tej koncepcji reżyserskiej, kiedy nie pojawiają się wieśniacy przynoszący snop zżętego zboża swojej "barinie". Yuri Alexandrov usunąl tę scenę dla uzyskania większej zwartości i czystości przyjętego założenia. W istocie ta "grupa folklorystyczna" nic nie wnosi do samego jądra dramatu, tylko ubarwia widowisko, choć muzyki trochę szkoda.

     Są też ważne rekwizyty-symbole. Stolik ze świecą i papierami, przy którym zasiądzie Tatiana w węzłowej scenie pisania listu, no i samo pisanie przywołane raz jeszcze w trzecim akcie - tam już wbrew tradycyjnym didaskaliom. Tych odstępstw wprowadza reżyser więcej; np. kostium żołnierzyka, w którym Olga bardzo podkreśla swój charakter trzpiotki, figlarki (młodzi powiedzieliby "jajcarza") tym bardziej kontrastujący z rozmarzoną, rozczytaną w poezji Tatianą. Oldze do rozmarzenia bardzo daleko, za to blisko do różnych żartów, jak mierzenie z pistoletu i markowanie wystrzałów do różnych postaci bawiących u Łarinych. Ów pistolet to jednocześnie symbol i przeczucie śmiertelnego strzału w pojedynku Leńskiego i Oniegina. Symbol niewczesnych żartów w scenie balu u Łarinych, kiedy żartująca z Onieginem Olga wywołuje paroksyzm zazdrości u Leńskiego, prowadzący do tragicznego końca. Sceneria pojedynku też daleko odbiega o tradycyjnej; to nie "stary zapuszczony wiatrak - miejsce odbywania pojedynków" lecz… dom Łarinych, tam, miedzy kolumnami osuwa się Leński. A najciekawsze jest to, że całej tej scenie, towarzyszy przy stoliku w żałobnej czarnej chuście Tatiana - jakby w przeczuciu rezultatu pojedynku. To krzyżowanie się czasów charakterystyczne jest dla marzeń sennych i także jest konsekwencją przyjętej koncepcji. Kolejnym niekonwencjonalnym rozwiązaniem Alexandrowa jest połączenie sceny pojedynku (akt drugi) z aktem trzecim, mimo że minęło kilka lat (jedyny antrakt w tej inscenizacji). Dowodzi to uwypuklenia charakterystycznego dla dzieła Czajkowskiego nie samej akcji, lecz znaczenia osobistych przeżyć bohaterów dramatu. Czas się zatrzymał po śmierci Leńskiego - dla wszystkich: i dla Olgi, i dla Oniegina, i dla Tatiany, która żyła jakby w letargu; kochając nadal Oniegina wyszła za Gremina. Dlatego kiedy pada Leński, ona też pada i konwulsjach wije się znowu jakby w (złym) śnie. Ze sceny zabiera ją dopiero Gremin, już przy pierwszych frazach poloneza i gromadzących się gościach.

    Zwróciłem uwagę jedynie na klika szczegółów tej inscenizacji;, jest ich znacznie więcej. Skromnej-uniwersalnej scenografii pełnię wyrazu nadaje gra świateł. Jeszcze co do samego snu jako osnowy koncepcji reżyserskiej: uprawnia do niej sam tekst libretta, w którym kilkakrotnie pojawia się to słowo (sen): - Ja znaju, znaju: eto on! Uwy, tiepier i dni i noczi, I żarkij odinokij son(Tatiana); Padu li ja, striełoj pronziennyj / Il mimo proletit ona,- / Wsie błago: bdienija i sna / Prichodit czas opredieliennyj…(Leński).     

     Jednak dla mnie Oniegin to przede wszystkim muzyka. Marcin Nałęcz-Niesiołowski debiutujący w Operze Wrocławskiej, nie jest debiutantem ani w Onieginie, ani w operze w ogóle. Aczkolwiek przede wszystkim rozpoznawalny jest w Polsce ze swych dokonań symfonicznych, to w swojej Filharmonii Podlaskiej przygotował kilkanaście pełnych oper w wersji koncertowej w tym też i Eugeniusa Oniegina. O jego umiłowaniu opery zaświadcza jego inicjatywa i realizacja budowy Opery i Filharmonii Podlaskiej - Europejskiego Centrum Sztuki w Białymstoku.Dobrze poznałem jego sztukę dyrygencką z licznych (ponad dwudziestu) albumów CD, z których kilka nagrodzono na forum światowym i do których często sięga radiowa "Dwójka". Kilkadziesiąt lat regularnie recenzowałem koncerty Filharmonii Podlaskiej, która osiągnęła za jego kadencji (1997-2011) niebotyczny wręcz poziom. Dlatego byłem absolutnie spokojny o ten wrocławski debiut. 

      Marcin Nałęcz-Niesiołowski prowadził Oniegina według swoich najlepszych zasad: uzyskania maksymalnej precyzji w szczegółach (bo jak pisał Michał Anioł - Nie lekceważcie drobnostek, ponieważ od drobnostek zależy doskonałość, a doskonałość nie jest drobnostką), wydobycia maksimum ekspresji, ale bez często spotykanej u Czajkowskiego przesady przerysowań sentymentalnych, pełni brzmienia, ale dostosowanej do koncepcji kameralnego dramatu psychologicznego, zyskania śpiewności orkiestrowej, adekwatnej do partii wokalnych. Tu muszę przypomnieć, że dyrygent ma ukończone studia wokalne i nie raz dał się poznać w tej drugiej roli; nic tak nie wspomaga dyrygenta operowego jak takie właśnie dodatkowe kwalifikacje. Niejako po drodze był wyróżniającym się altowiolistą (Grand Prix w jednym z ogólnopolskich przesłuchań).To wszechstronne przygotowanie dyrygenta „słyszane” na każdym jego koncercie symfonicznym, można było wysłyszeć też na wrocławskiej premierze Oniegina. Orkiestra operowa odznaczała się, bardziej szlachetnym brzmieniem, ładną barwą i precyzją smyczków, zrównoważeniem proporcji dynamicznych poszczególnych sekcji i wręcz wokalną śpiewnością narracji muzycznej. Ten dyrygent-wokalista i altowiolista całą swą naturą czuje, że źródłem pięknej interpretacji jest śpiew.

     Nałęcz-Niesiołowski z wielkim pietyzmem odczytał partyturę, nadając jej walor osobistego przeżycia zawsze jednak podporządkowanego logice dramaturgii zapisanej przez kompozytora. Jego gest jest czysty, komunikatywny, bez śladu kuszącego wielu młodych dyrygentów efekciarstwa.

     Zatem: orkiestra precyzyjnie towarzyszyła wszystkim śpiewakom, nawet w tak trudnej do synchronizacji scenie jak kłótnia na balu o Łarinych; pięknie brzmiały popisowe "numery" walc i polonez, a także drobniejsze inne tańce. Do dziś brzmią mi w uszach słynne ustępy operowe: scena pisania listu, obie arie Leńskiego i wyznanie Gremina. Obok świetnych interpretacji Magdaleny Molendowskiej (zebrała na sobotniej premierze największe oklaski), Arnolda Rutkowskiego i Volodymyra Pankiva, właśnie orkiestra przyczyniła się do ostatecznego sukcesu tych scen jak i całego spektaklu premierowego. Nie chcę wyróżniać poszczególnych solistów, bo wszyscy pozostawili dobre wrażenie. Podobno na przedstawieniu niedzielnym było jeszcze lepiej (inna obsada).  

     Pójdę raz jeszcze, by zobaczyć, a nade wszystko - posłuchać. I gorąco zachęcam do tego wszystkich melomanów.

                                                                                                             Stanisław Olędzki    

Ps. Tym, którzy zarzucą mi, że zbyt szeroko rozpisałem się o dyrygencie - kierowniku muzycznym przedstawienia, odpowiem krótko: zrobiłem to z rozmysłem, na przekór recenzentce "Gazety Wrocławskiej", która nawet nie wymieniła jego nazwiska i Dorocie Szwarcman, która na swoim blogu w "Polityce" (w numerze 7 z dnia 11.02-17.02.2015 nie ma jeszcze recenzji) poświęciła mu jedno zdanie: - Dyrygent Marcin Nałęcz-Niesiołowski pojawił się po raz pierwszy w tym teatrze. I, jak się okazało, po raz pierwszy w życiu dyrygował Onieginem, co niestety dało się odczuć.Zgadzam się natomiast ze zdaniem red. Jacka Marczyńskiego ("Rzeczpospolita"): - Tej [dramatycznej wyrazistości]zaś nie zabrakło na szczęście w grze orkiestry pod batutą Marcina Nałęcza-Niesiołowskiego, który stanowczo za rzadko dyryguje w operze.


Piotr Czajkowski Eugeniusz Oniegin. Kierownictwo muzyczne, dyrygent: Marcin Nałęcz-Niesiołowski, reżyseria: Yuri Alexandrov, scenografia, reżyser świateł: Paweł Dobrzycki, kostiumy: Małgorzata Słoniowska, przygotowanie chóru: Anna Grabowska-Borys, choreografia: Bożena Kliimczak. Obsada: Tomasz Rak (Eugeniusz Oniegin), Magdalena Molendowska (Tatiana), Katarzyna Haras (Olga), Arnold Rutkowski (Leński), Volodymyr Pankiv (Książę Gremin), Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak (Łarina), Dorota Dutkowska (Filipiewna), Aleksander Zuchowicz (Triquet), Marek Paśko (Zariecki), autor plakatu: Ryszard Kaja. Premiera w Operze Wrocławskiej 7 lutego 2015.