Stanisław Olędzki, Białostockie przyśpieszenie. Kontrasty nr 1.1977

MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY „KONTRASTY” nr 1/77

BIAŁOSTOCKIE PRZYŚPIESZENIE W FILHARMONII

Życie koncertowe Białegostoku w ostatnich miesiącach nabrało żywszych barw. Odbywają się kon­certy symfoniczne, jazzowe, kameralne, a z recitalami — nawet z nieznanymi dotąd u nas: organowymi — przyjeż­dżają coraz znamienitsi soliści. Arty­stycznym wydarzeniem stanie się bez wątpienia recital Światosława Richtera, jednego z najwybitniejszych na świecie pianistów doby współczesnej. (Piszę te słowa w końcu listopada — stąd czas przyszły, choć zapewne recital ów już się odbył). Długo także wypadło nam czekać na występ od dawna zapowia­danego polskiego organisty Joachima Grubicha. O tym jednak za miesiąc, a teraz — przegląd muzycznych wy­darzeń października i listopada. Pierwszy październikowy koncert symfoniczny prowadził Stanisław Mi­chalek. Zjednał on sobie słuchaczy prze­konywającym odczytaniem muzycznej treści Wariacji na temat Haydna — Jana Brahmsa, i precyzyjnie prowadzo­nymi akompaniamentami do obu kon­certów skrzypcowych: E-dur Jana Se­bastiana Bacha i e-moll Feliksa Men­delssohna. W koncertach tych jako so­lista wystąpił znakomity Jan Tawroszewicz. Pierwszy skrzypek wspaniałego Kwartetu Polskiego, który gościł na naszej estradzie podczas ostatniego Fe­stiwalu Muzyki i Poezji, zademon­strował nienaganną sprawność tech­niczną, głęboko wyrazową kantylenę i czyste stylistycznie odczytanie obu wykonywanych arcydzieł.

Nie mniej atrakcyjny okazał się dru­gi w październiku koncert symfoniczny, prowadzony przez Tadeusza Chachaja. Zaprosił on do współudziału dwoje so­listów: pianistkę Reginę Smendziankę i organistę Mirosława Pietkiewicza. Regina Smendzianka w wykonaniu Koncertu G-dur Maurycego Ravela z najwyższym artyzmem oddała całe wyrafinowanie roziskrzonej faktury części pierwszej, subtelną prostotę Ada­gia, fascynując w Finale grą pełną wirtuozowskiego rozmachu i blasku. Drugi solista wieczoru, Mirosław Piet­kiewicz, był odtwórcą Koncertu Fran­cisa Poulenca, pierwszego na białostoc­kiej estradzie koncertu organowego z towarzyszeniem orkiestry.

Z niemałą satysfakcją wysłuchali melomani 13 października ratuszowego recitalu Reginy Smendzianki grającej utwory Haydna, Schumanna, Debussy'ego i Chopina. Satysfakcja byłaby zna­cznie większa, gdyby nie fortepian zde­cydowanie zły, nie nadający się do tego rodzaju i tej rangi występów.

W październiku wystąpił w sali ka­meralnej Filharmonii duet utworzony przez Hannę Tawrel (flet) i Alicję Chojnacką (harfa). Specyfika zestawu in­strumentów nie pozwala na włączenie do repertuaru wielu arcydzieł, jako że niewiele oryginalnych kompozycji fletowo-harfowych wyszło spod pióra twórców najwybitniejszych. Z tego po­wodu zapewne całą część pierwszą za­jęły wspomnianemu duetowi utwory na flet solo i harfę solo. Obie panie przed­stawiły się jako solistki i kameralistki bardzo korzystnie, demonstrując grę wrażliwą, miejscami bardzo piękną, zgrabnie poruszając się w odległych konwencjach stylistycznych, aczkolwiek bardziej wymagający słuchacze mogliby czasem żywić pretensje o zbyt chwiejne tempa (w Sonacie Bacha), niedopra­cowane frazowanie i chwilami nadto ostry dźwięk. Nie zaciera to jednak w sumie korzystnych wrażeń wynie­sionych z koncertu.

Ostatni październikowy wieczór w Filharmonii przyniósł słuchaczom dwa wspaniałe dzieła Jana Sebastiana Bacha: III Suitę D-dur i Koncert klawe­synowy d-moll oraz II Symfonię Lud­wiga van Beethovena. Janusz Przybyl­ski okazał się świetnym dyrygentem demonstrując oszczędną, skupioną tech­nikę manualną — nadzwyczaj suge­stywną. Słynna Aria z Suity, znana powszechnie jako "Aria na strunie g", została wprost wyrzeźbiona ręką dy­rygenta w szlachetnej materii ekspresji. I wreszcie usłyszeliśmy orkiestrę bachowską w jej oryginalnym brzmieniu — z klawesynem realizującym partię basso continuo. Solistka wieczoru, Elż­bieta Stefańska-Łukowicz, klawesynistka o międzynarodowej renomie, przed­stawiła niesłychanie dynamiczną inter­pretację Koncertu d-moll, a przy tym pełną koronkowej finezji.

Bieżący sezon przebiega, jak wiado­mo, pod znakiem Beethovena. Konty­nuując zapowiedziany, pełny cykl sym­fonii genialnego kompozytora, Filhar­monia przedstawiła 19 listopada jedno z najpopularniejszych jego dzieł — III Symfonię "Eroikę". Prowadził ją dy­rygent z NRD, Herman Josef Nellesen. Odczytał on partyturę w sposób dość płytki. Bawił się "Eroiką", jakby to było divertimento Mozarta, a nie muzyka nasycona dramatyzmem i heroizmem, rodowodem z epoki napoleońskiej. W wyniku spłaszczenia dynamiki i zła­godzenia kontrastów wyrazowych, usłyszeliśmy muzykę jasną, pogodną, bardziej pastoralną niż bohaterską. Pewnego wyjaśnienia dostarczył sam Nellesen jako kompozytor, ujawniając charakter swej wyobraźni muzycznej we własnej Uwerturze giocosa — utworze błyskotliwym, klasycyzującym, z założenia żartobliwym i bez głębszych treści.

Tego samego wieczoru Cecylia Bar­czyk wykonała Koncert wiolonczelowy Roberta Schumanna, zachwycając słu­chaczy nienaganną, wirtuozowską tech­niką, szlachetnym tonem i bardzo mu­zykalnie kształtowaną frazą. Wszelako interpretacji tej brakło żaru, pasji czy choćby tylko porywu uniesienia.

Z kronikarskiego obowiązku odno­towuję dwa koncerty kameralne: An­drzeja Bachledy i Józefa Stompla w Ratuszu (3 listopada) oraz Bogdana Czapiewskiego i Andrzeja Rosińskiego w sali koncertowej Filharmonii (12 listopada). Organizatorzy, a może i sami artyści, zapomnieli, że program kon­certu jest także kompozycją, której nie należy budować w oparciu o przypadek. Bogdan Czapiewski, mimo uwikłania w półrecital z organami, okazał się pianistą na tyle interesującym, by wzbudzić żywy aplauz dla swej gry, pełnej wdzięku i elegancji, powściąg­liwej ekspresji, wspaniałego plastycz­nego frazowania i. wyczucia architektoniki formy.

Sukcesem trzeba określić występ znanego zespołu kameralnego "Con moto ma cantabile", pod kierownictwem Mar­ka Szwarca. Niefortunnie wybrany termin — sobota andrzejkowa (27 li­stopada) sprawił, iż przybyli na ten koncert nieliczni melomani. Tym cen­niejsza była ich owacja, która zmusiła solistę — skrzypka Bogusława Bruczkowskiego i zespół do bisowania. Wspa­niałe cztery koncerty skrzypcowe An­toniego Vivaldiego "Cztery pory roku", w nie mniej doskonałej, porywającej i elektryzującej interpretacji! Można, co prawda, wytknąć drobne wady, np. początek "Zimy" bez trylu, za ostre miejscami brzmienie klawesynu, wy­nikające z nieodpowiedniej rejestracji; są to jednak, w zestawieniu z zaletami wykonania, nie liczące się drobne za­kłócenia. Sopranistka Delfina Ambro­ziak i flecistka Elżbieta Dastych-Szwarc potwierdziły swą wielką kulturę mu­zyczną w trudnej sztuce kameralistki.

 

                                                                                                                              Stanisław Olędzki