Stanisław Olędzki, Egzamin geografii. Filharmonia.

MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY „KONTRASTY” nr 11/1975

W kulturalnym pejzażu każdego makroregionu znaczące miejsce powinna zajmować muzyka, ta wielka, poważna, słuszniej zwana po prostu artystyczną. Jedyną instytucją uprawiającą ten szlachetny gatunek muzyki jest u nas, jak wiadomo, Fil­harmonia. Dotąd bowiem nie istnieje w Białymstoku ani teatr operowy, ani regularnie występujący i dysponujący odpowiednim repertuarem chór; nie ma także żadnych zespołów kameral­nych. Na Filharmonii spoczywa więc jeśli nie całe brzemię odpowiedzialnoś­ci za stan kultury muzycznej Białostocczyzny — istnieją wszakże jeszcze szko­ły muzyczne — to znaczna jego część, zwłaszcza ta dotycząca kreowania war­tościowych faktów interpretacyjnych i działalności upowszechnieniowej.

Do prawidłowego funkcjonowania ta­kiej instytucji jak Filharmonia konieczne jest spełnienie kilku warunków. Sprawą podstawową jest baza lokalowa z salą koncertową o dobrych warunkach akustycznych i odpowiedniej licz­bie miejsc. Filharmonia nasza w bieżącym sezonie, po przeszło dwudziesto­letniej tułaczce orkiestry symfonicznej, wprowadzi się do własnych pomieszczeń w atrakcyjnie zlokalizowanym obiekcie Zespołu Placówek Kształcenia Artystycznego przy ul. Podleśnej. Co prawda rozmiary sali nie są imponujące, gdyż pomieści ona zaledwie 460 osób, ale projektowano ją przecież z myślą o zaspokojeniu potrzeb naszego szkolnictwa muzycznego, a nie życia koncertowego. Ci, którzy nie dostaną się na koncert, będą zapewne mogli usłyszeć jego retransmisję radiową, jako że w obiekcie znajdzie się  stale stanowisko rejestracji taśmowej. Sala koncertowa wyposażona zostanie w organy o pięćdziesięciu głosach, znanej firmy warszawskiej „Biernacka i Grandys", a pracochłonne zazwyczaj przegrupowania wykonawców na estra­dzie ułatwi zainstalowanie zapadni. Urządzenia klimatyzacyjne, przestronne halle, wygodne — miejmy nadzieję — fotele zapewnią w sumie, jeśli nie kom­fortowe, to standardowe przynajmniej warunki percepcji muzyki. O sprawie najważniejszej — akustyce, aczkolwiek już teraz istnieją o nią pewne obawy (zbyt mała kubatura w stosunku do li­czebności orkiestry symfonicznej), wy­powiemy się po wysłuchaniu pierwsze­go koncertu. Prócz sali koncertowej Filharmonia dysponować będzie także salą kameralną o 102 miejscach.

Drugim zasadniczym wymogiem do­brego funkcjonowania Filharmonii jest odpowiednio liczny zespół muzyków o wysokich artystycznych umiejętnoś­ciach. Orkiestra Symfoniczna Państwowej Filharmonii w Białymstoku w tej chwili jest już zespołem, który może podjąć się wykonania repertuaru o znacznym zróżnicowaniu historycznym, począwszy od dziel barokowych, a na współczesnych kończąc. Siedemdzie­sięciu dwóch instrumentalistów to przecież już skład wielkiej orkiestry symfonicznej. Należałoby jednak skory­gować nieco proporcje niektórych grup instrumentalnych, zwłaszcza sześć ro­gów w stosunku do szczupłej wciąż grupy skrzypiec zakłóca wewnętrzną harmonijność składu orkiestry. O po­ziomie technicznym muzyków korzyst­nie świadczą niektóre, bardzo trudne instrumentalnie, pozycje repertuaru Białostockiej Filharmonii. Zresztą już przed laty białostockich symfoników stać było na sumienne przygotowanie tak arcytrudnych kompozycji jak Kon­cert na orkiestrę Witolda Lutosławskiego (inauguracja sezonu 1966/67 pod dyr. Jana Kulaszewicza). Nie można wątpić, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat orkiestra rozwijała się nadal i dzisiaj stać ją na jeszcze ambitniejszy program. A ambitny repertuar to trzeci i chyba jeden z najważniejszych współ­czynników społecznego sukcesu każdej placówki filharmonicznej, operowej czy teatralnej. Uzyskany w ubiegłym roku status Filharmonii zobowiązuje jej kierownictwo artystyczne do staranniejszego doboru repertuaru, do propago­wania dzieł najwartościowszych, zwła­szcza nie wykonywanych dotąd przez Państwową Orkiestrę Symfoniczną. Za­stanówmy się chwilę nad pierwszym sezonem działalności naszej Filharmo­nii. Było w nim kilka bardzo udanych wieczorów symfonicznych odznaczających się interesująco zestawionym pro­gramem i udziałem artystów dysponu­jących warsztatem interpretacyjnym najwyższej próby. Na pierwszym miejscu postawiłbym fakt wykonania pod­czas koncertu inauguracyjnego 20 września 1974 r. muzyki z baletu-pantomimy .Harnasie Karola Szymanowskiego oraz wieczór (17 lutego 1975 r.) prowadzony przez znakomitego dyrygenta Tadeusza Strugałę obecnie szefa najlepszego w kraju zespołu symfonicznego — Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach. Wykonana pod jego batutą Symfonia e-moll "Z Nowego Świata" Antoniego Dworzaka zapewne głęboko wzruszyła niejednego melomana.

Obserwację ubiegłego sezonu pod ką­tem efektów współpracy z naszą orkiestrą obcych dyrygentów prowadzi do wniosków dość przykrych dla obecne­go kierownictwa artystycznego: pod batutą Strugały usłyszeliśmy inną orkiestrę, orkiestrę, która odkryła swoje atuty na co dzień niezauważalne, a ra­czej nie wydobyte. Czy stać nas na marnotrawienie tego potencjału artys­tycznego, jakim jednak Orkiestra Sym­foniczna Filharmonii Białostockiej dysponuje?

Podobne niebezpieczeństwo zgotowa­ło... samo kierownictwo artystyczne niewłaściwą polityką repertuarową. Nie od dzisiaj obserwujemy monotonię w programach Filharmonii, wynikającą ze zbyt silnego preferowania muzyki XIX stulecia; muzyka romantyzmu i neoromantyzmu wraz z jego dwudzie­stowiecznymi odnogami stanowiła aż 50% całości repertuaru ubiegłego sezo­nu Filharmonii Białostockiej.

Białostocka publiczność nie jest mniej wymagająca od słuchaczy innych cen­trów muzycznych kraju. Dzisiaj, w wyniku coraz większej powszechności i doskonałości środków masowego prze­kazu audialnego, zanika muzyczny prowincjonalizm w sensie terytorialnym, ostać się niekiedy może prowincjonalizm mentalności, niezależny od miejsca zamieszkania. Białostocka Filharmonia winna włączyć się do dzia­łań niwelujących resztki owego prowincjonalizmu, winna rozszerzyć his­toryczne i stylistyczne ramy swego re­pertuaru, zapewnić wartościową artys­tycznie jego realizację i — co chyba jest nie mniej ważne — zrewidować formę kontaktu z odbiorcą. Prawidło­wy i szeroki kontakt ze słuchaczem jest bowiem czwartym dotąd nie wymienio­nym warunkiem sine qua non funkcjonowania Filharmonii w społeczeństwie.

Tymczasem ostatni sezon Filharmonii określić można jako dość... prowincjo­nalny. Z muzyki epok dawniejszych usłyszeliśmy zaledwie trzy dzieła ba­roku (Vivaldiego — Koncert na flet, Haendla — Koncert na altówkę, Bacha — Koncert skrzypcowy E-dur) i dzie­więć klasycyzmu (m.in. Haydna — Symfonię Es-dur nr 103, Mozarta — Koncerty skrzypcowe A-dur i D-dur, Beethovena — I Koncert fortepianowy i II Symfonię). Dla porównania: Fil­harmonia Poznańska grała dzieła kla­syków dwukrotnie częściej, a Szczeciń­ska wprowadziła ido repertuaru aż 40% dzieł klasycznych i barokowych nawet z przewagą tych ostatnich.

Nie wykorzystano w Białymstoku okrągłych rocznic bachowskich (290 rocznica urodzin i 225 śmierci Jana Sebastiana). Jeszcze mniej znaczą­cy margines w repertuarze ubiegłego sezonu przeznaczono muzyce XX w. Z arcydzieł usłyszeliśmy zaledwie Karo­la Szymanowskiego Harnasie i Dy­mitra Szostakowicza — X Symfonię. Wielka szkoda, że Filharmonia nie za­prezentowała ani jednego utwo­ru takich klasyków współczesności jak Bela Bartók, Igor Strawiński, Arnold Schönberg, Anton Webern, Paul Hindemith, Artur Honegger. Z twórczości Sergiusza Prokofiewa usłyszeliśmy je­dynie mało znaczącą w jego przeboga­tej spuściźnie — Pieśń o Gruzji, po­dobnie jak niewielką wartość w stosun­ku do niewykonanych dzieł wyżej wy­mienionych mistrzów przedstawia Sturm—Suite Hannsa Eislera.

Niezrozumiałe wydaje się także cał­kowite zignorowanie w sezonie ubieg­łym współczesnej muzyki polskiej, cie­szącej się, jak wiadomo, od wielu lat najwyższą międzynarodową renomą. Rezygnacji z przedstawienia chociażby jednego dzieła twórców tej miary, co Witold Lutosławski, Krzysztof Pende­recki, Tadeusz Baird, czy Grażyna Bacewicz nie można usprawiedliwiać — jak to czyni dyrektor Tadeusz Chachaj — nie dość wysokim poziomem orkie­stry i niewystarczającą liczbą muzy­ków. Przytoczony już poprzednio fakt wykonywania jeszcze przez Państwową Orkiestrę Symfoniczną, a nie Filharmo­nię, Koncertu ma orkiestrę Lutosław­skiego mówi tu sam za siebie. Czyżby bowiem orkiestra zyskując wyższy sta­tus miała obniżyć swój poziom?

A jakie kroki podjęto w celu zdo­bycia nowego audytorium, jakie są kierunki ekspansji społecznej białostockiej świątyni Polihymnii? Czy w ogóle można mówić o jakimkolwiek jej zna­czeniu w życiu regionu, jeżeli raz na dwa tygodnie nie zbierze się kilkuset słuchaczy chętnych wysłuchać abona­mentowego koncertu? Pamiętajmy, że teatr gra sześć razy w tygodniu, fil­harmonie raz, a nasza przeciętnie raz na dwa tygodnie. W sezonie bieżącym częstotliwość koncertów nieco wzrośnie, ale i to przy niewielkiej zgoła pojemności nowej sali, choćby i była wypeł­niona po brzegi, nie może przesądzać o wysokiej społecznej randze białos­tockiej placówki. W tej sytuacji Filhar­monia powinna wyjść na poszukiwanie nowego słuchacza i tego, który zachę­cony dobrym koncertem zasiądzie na stałe w nowej sali, i tego, do którego będzie stale dojeżdżać orkiestra. Uwa­żano kiedyś, że polska młodzież jest pokoleniem głuchych, przed którym zamknęły się na zawsze wrota filhar­monii. Dzisiaj sytuacja w wielu krajo­wych ośrodkach muzycznych radykal­nie zmienia się na korzyść. Filharmo­nia Poznańska zainicjowała nową for­mę upowszechniania muzyki pod pos­tacią niezwykle atrakcyjnego dla mło­dzieży i absolutnie dobrowolnego człon­kostwa w klubach „Pro sinfonica". Członkowie klubów uczestniczą w spotkaniach z wybitnymi odtwórcami, kom­pozytorami a także krytykami, a nade wszystko są słuchaczami i recenzentami cyklów starannie przemyślanych kon­certów filharmonicznych. Trzyletni okres uczestnictwa w zajęciach klubo­wych wystarcza do wykształcenia świa­domego i wymagającego słuchacza. Jakie są poczynania Filharmonii Białostockiej w tym kierunku? W sezonie ubieełym przygotowano zaledwie trzy programy szkolne, w bieżącym planuje sie cztery. Programy te nie stanowią, niestety, jakiegoś cyklu całościowego; można mieć też poważne zastrzeżenia do ich układu. Przede wszystkim zaś nie stanowią one części zintegrowanego systemu kształcenia młodego słuchacza. Z radością przeto wypada powitać za­powiedź władz oświatowych nawiązania współpracy z Filharmonią w celu podjęcia próby przeszczepienia doś­wiadczeń ruchu „Pro sinfonica" na nasz teren. Oby tylko nie potraktowa­no młodzieży jak dotąd z przymruże­niem oka i nie serwowano jej ..Lotów trzmiela" itp. symfonicznych szlagie­rów...

Większe niepokoje budzą natomiast programy, za pomocą których Filhar­monia penetrowała tzw. teren. Po reformie administracyjnej kraju dwa nowe województwa nie są skazane na to wyłącznie, co zaoferuje ta Filharmonia Białostocka. Łomża i Suwałki mogą i zapewne będą wybierać zespoły i pro­gramy atrakcyjniejsze od firmowanych przez Państwową Filharmonię w Bia­łymstoku popisów Jerzego Michotka i kwartetu wokalnego „Beltono". Do­tychczasowe objazdowe składanki bez jakiejkolwiek zarysowanej chociażby tylko myśli przewodniej, nie mające nic wspólnego z dobrą muzyką — ni­czego nie wnosiły do wnętrza odbiorcy, nie pogłębiały jego wrażliwości este­tycznej, wypaczając co najwyżej poję­cie o instytucji filharmonii jako ta­kiej. Należałoby wykorzystać doś­wiadczenia innych ośrodków, wprowa­dzić socjologiczne badania, recepcji mu­zyki, może nawiązać współpracę z or­ganizacjami młodzieżowymi, Białostoc­kim Towarzystwem Muzycznym, roz­głośnią radiową... W sumie konieczna jest pewna aura, wytworzenie klima­tu żywego zainteresowania muzyką i jej sprawami. Klimat ów musiałby przesiąknąć cały obszar naszego ma­kroregionu i być dostrzegalny na co dzień, nie tylko podczas Festiwali Mu­zyki i Poezji. Nie uda się jednak takie­go klimatu wytworzyć bez wielokie­runkowo przemyślanego repertuaru. Szczególnej pieczy kierownictwa Fil­harmonii wypada polecić koncerty upowszechniające; programy te charak­teryzować powinien szczególnie wyso­ki (wbrew złym zwyczajom) poziom wykonawstwa i przemyślany do głębi dobór kompozycji. Analogicznie należy traktować koncerty okolicznościowe, stanowiące części artystyczne oficjal­nych uroczystości. Przecież często sta­nowią one miejsce pierwszego żywego kontaktu z orkiestrą symfoniczną i mogą zadecydować o poszerzeniu gro­na stałych słuchaczy koncertów filhar­monicznych.

Wszelako programy abonamentowe bieżącego sezonu wzbudzają uczucia mieszane. Z jednej strony indeks wy­konawców przedstawia się wyjątkowo atrakcyjnie (Kulka, Górzyńska — skrzynce, Grubich — organy, Kerner — fortepian, Jabłoński — wiolonczela), z drugiej jednak repertuar zdominowa­ny jest ponownie przez muzykę XIX stulecia (aż 60% całości). Niewiele miej­sca pozostawiono barokowi i dziełom klasyków współczesności. A przecież wypadałoby uczcić przynajmniej wy­mienione już rocznice bachowskie, trzy­dziestą rocznicę śmierci Bartóka, a tak­że przypadającą w przyszłym roku osiemdziesiątą piątą rocznice urodzin Sergiusza Prokofiewa. Należałoby wre­szcie wykonać coś z muzyki baletowej Igora Strawińskiego, a względy dla powszechnie uznanej sztuki rodzimej nakazywałyby wpisać na afisze koncer­towe Białostockiej Filharmonii nazwis­ka Lutosławskiego, Pendereckiego, Bacewicz, Serockiego i in. zwłaszcza że w poprzednim sezonie też na prożno byśmy ich tam szukali. Może Filharmonia pokusiłaby sie o nowe wykona­nie właśnie owego Koncertu na or­kiestrę Lutosławskiego? Byłoby to god­ne rozpoczęcie sezonu następnego.

Działalność każdej filharmonii, aczkolwiek ukierunkowana zawsze na symfonikę, obejmuje także kamerali­stykę. Na bieżący sezon Białostocka Filharmonia zaplanowała cztery wie­czory kameralne, w tym dwa to reci­tale organowe. Nie jest to liczba zado­walająca miłośników tego gatunku muzyki. Są przecież w kraju znakomite zespoły muzyki dawnej, orkiestry ka­meralne, kwartety smyczkowe, nie bra­kuje też wybitnych lub młodych uzdolnionych solistów. Należałoby zatem pomyśleć o stałych dniach kameralnych (może wtorki?) lub przynajmniej o stałych comiesięcznych koncertach solistycznych, wymiennie z kameralnymi. Palącą sprawą do rozstrzygnięcia jest także brak chóru o wysokich umiejęt­nościach artystycznych, co uniemożli­wia wprowadzenie na białostocką es­tradę dzieł kantatowo-oratoryjnych. Czy nie okazałoby się posunięciem owocnym przekształcenie obecnego chó­ru Akademii Medycznej w Białostocki Chór Akademicki, zrzeszający najlep­szych śpiewaków ze wszystkich uczel­ni naszego miasta? Stworzyłoby to dodatkową więź Filharmonii ze środowis­kiem akademickim.

Przed Państwową Filharmonią w Białymstoku zarysowują się więc per­spektywy nowych działań programowo -repertuarowych, penetracyjnych, dy­daktycznych i upowszechnieniowych, których ostatecznym rezultatem powin­no stać się znaczne rozszerzenie społecznego oddziaływania głównej in­stytucji muzycznej naszego regionu.

                                                                                                                              Stanisław Olędzki