Wolfgang Amadeusz Mozart - Don Giovanni

Premiera 9 lutego 2019. Kolejne spektakle: 10 i 11 lutego, 11 i 13 kwietnia (dyr. Tomasz Szreder).

Realizatorzy: Marcin Nałęcz-Niesiołowski – dyrygent,

 

Andre Heller-Lopes - reżyseria, Renato Theobaldo - scenografia, Sofia di Nunzio – kostiumy, Andre Heller-Lopes, Gonzalo Cordova – reżyseria świateł, Anna Grabowska-Borys – kierownictwo chóru.

 

Obsada: Daniel Mirosław – Don Giovanni, Bartosz Urbanowicz – Leporello, Agnieszka Sławińska – Donna Anna, Aleksandra Opała – Donna Elwira, Hanna Sosnowska – Zerlina, Sylwester Smulczyński – Don Ottavio, Leszek Holec – Masetto, Wojtek Gierlach – Komandor.

Chór Opery Wrocławskiej, Orkiestra Opery Wrocławskiej.

Ashot Drnayan-Babrouski – klawesyn.

 

Beata Fischer

 

Wolfgang Amadeusz Mozart - Piękne szaleństwo. Don Giovanni w Operze Wrocławskiej.

„Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie.” (S. I. Witkiewicz)

 

   Czy zatem lepiej, ciekawiej, oryginalniej jest wystawić najsłynniejszą operę Mozarta tak, by z bohaterów uczynić szaleńców i umieścić ich w miejscu, gdzie będą mogli być sobą nie dusząc się w oparach konwenansów, zamiast serwować widzom kolejną wymuskaną, sztywną i ugrzecznioną historię? Niezwykle kreatywny brazylijski reżyser André Heller-Lopes pokazał na scenie Opery Wrocławskiej, że jak najbardziej.

   O czym jest Don Giovanni, skomponowany przez Wolfganga Amadeusza Mozarta w 1787 roku, tłumaczyć nie trzeba. To mroczna, śmiała, momentami perwersyjna, lecz nie tracąca przez to na atrakcyjności, komedia omyłek. Sam Mozart zmienił pierwotny podtytuł dramma giocoso (wesoły dramat), co w jego czasach oznaczało tragikomedię, na opera buffa. Dlaczego zatem kolejne inscenizacje wydają się pomijać ten jakże istotny szczegół, ograniczając komizm opery jedynie do słów zawartych w treści libretta?

   André Heller-Lopes zrywa z tą zachowawczą formą, przenosząc akcję do ośrodka dla obłąkanych. I to nie byle jakiego ośrodka, mianowicie z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Atmosfera spektaklu, wizualizacja – ze scenografią Renato Theobaldo na czele, poprzez misternie zdobione kostiumy projektu Sofii di Nunzio, skończywszy na choreografii – budzą moje natychmiastowe skojarzenia z filmem Philipa Kaufmanna Zatrute pióro z 2000 roku. Choć rzecz jasna w dużo weselszej i zdecydowanie mniej drastycznej oprawie. Widzimy więc szpital psychiatryczny adekwatny zarówno do czasów Mozarta, jak i protagonisty filmu Kaufmanna – Markiza de Sade. Zaś seksualnie wykolejony umysł Markiza pozwala stawiać go w jednym szeregu wśród potępieńców i cudzołożników, jakim bezsprzecznie jest Don Giovanni, któremu nieustannie towarzyszy usiłujący zapanować nad jego nieokiełznanym popędem Leporello w lekarskim kitlu. O ich faktycznej izolacji przypominają jedynie pojawiające się w oknach i drzwiach kraty. Zaś ich perypetie są o tyle bardziej zabawne, że reżyser zadbał o doskonałą i bardzo naturalną w odbiorze synchronizację ruchu scenicznego z muzyką. Między bohaterami jest chemia, nie ma irytującego śpiewania do publiczności tam, gdzie jest zbędne, ani nudy, nawet w bardziej statycznych scenach.  Natomiast muzyka we wrocławskim Don Giovannim brzmi wprost wyśmienicie. Uderzająca w nutę tragiczną, nawiązująca do finału uwertura porywa do krainy dźwięków, pobudzając wyobraźnię z malarską finezją i podgrzewając emocje. To zasługa Orkiestry Opery Wrocławskiej poprowadzonej przez nieprzeciętnie utalentowanego dyrygenta Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Napięcie, groza, zaproszenie do flirtu i zabawy, ekstatyczny szał uniesień, obłęd, furia, namiętność – całą tę paletę muzycznych barw powołuje do życia Maestro swą czarodziejską batutą, hipnotyzując i uwodząc publiczność.

Uwodzą też bohaterowie. André Heller-Lopes zadbał o to, by każdy z nich był charakterystyczny, miał wielowymiarową osobowość oraz elektryzował aparycją. Kostiumy nawiązują wręcz dosłownie do brazylijskich korzeni reżysera, do kultury jego regionu. I tak oto, Donna Anna – w premierowej obsadzie magnetyczna i perfekcyjna wokalnie Agnieszka Sławińska, w drugiej nieco spokojniejsza i uduchowiona Tatiana Gavrilova – ucharakteryzowana jest na Evitę Peron. Donna Elvira zaś – w pierwszej obsadzie kipiąca żądza zemsty, budzącą dreszcz grozy Aleksandra Opała, w drugiej, znacznie bardziej kobieca Bożena Bujnicka o delikatniejszym lecz równie interesującym głosie – to wręcz kopia kontrowersyjnej malarki Fridy Kahlo. Daniel Mirosław (pierwsza premiera) wypada bardziej przekonująco jako Don Giovanni niż Tomasz Rudnicki (druga premiera), bawiąc się swoją postacią i traktując partię rozpustnika-wariata z większym przymrużeniem oka. Słynna „aria szampańska” w wykonaniu obu solistów brzmi poprawnie, z uniknięciem irytującego skandowania. W przypadku Leporella wokalnie lepiej zaprezentował się Włoch Marco Camastra (druga obsada), co udowodnił zwłaszcza w zaśpiewanej z lekkością i swobodą „arii z rejestrem” Madamina, il catalogo è questo z pierwszego aktu, zaś Bartosz Urbanowicz z obsady premierowej pokazał większy talent komiczny.

    Na uwagę zasługuje też Zerlina – w pierwszej obsadzie delikatna i dziewczęca Hanna Sosnowska, w drugiej nieco bardziej zadziorna Iwona Handzlik. Bohaterka wygląda wręcz groteskowo niewinnie w białej sukience i warkoczykach i tym obscenicznej brzmi jej nacechowana masochizmem aria Batti, batti, o bel Masetto. I tu znów daje o sobie znać duch wspomnianego wcześniej Markiza de Sade. Bas Wojtek Gierlach, wcielający się obu premierach w Komandora, nemesis Don Giovanniego, jest wokalnie bez zarzutu i wytwarza wokół siebie nastrój grozy, choć jego kostium to nic innego jak jezuicka sutanna.

    To właśnie interakcja pomiędzy tą dwójką postaci – protagonistą i Komandorem – jest tu najdziwniejsza. O ile z libretta wynika, że Don Giovanni celowo zaprasza kamienny posąg na ucztę, świadomie prosząc się o karę, tak umieszczenie akcji w domu wariatów, gdzie tytułowy bohater jest ewidentnie niepoczytalny, zupełnie zmienia postać rzeczy. Nie wiadomo więc, czy jest on faktycznie gotów odpokutować za swoje grzechy, jak opisał to Jan Lechoń w wierszu „Don Juan”: „Kto to krzyknął ‚Już jest pora! / Świeca zgasła, słychać stuk / O! posągu Komandora, / Wejdź nareszcie za mój próg! / Ponad wino, dźwięk gitary / Wolę płaszcza twego gest. / Oto czekam twojej kary / Abym wiedział, żeś ty jest.” Czy też do końca pozostaje on w stanie błogiej nieświadomości, aż dotykają go bolesne konsekwencje. W tym szaleństwie zdecydowanie jest metoda. André Heller-Lopes stworzył spektakl mocny, niesztampowy, oddziałujący na zmysły i będący doskonałą rozrywką dzięki sporej dawce inteligentnego humoru. Czy Don Giovanni z Opery Wrocławskiej uwodzi skutecznie? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia TAK!

                                                                                Beata Fischer

 Mirosław Kocur 

(Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.)

   Don Giovanni, sławna opera z muzyką Mozarta i librettem Lorenza Da Ponte, rozbrzmiewała na sobotniej premierze w Operze Wrocławskiej rewelacyjnie. Zacznę więc od zachwytów. Znakomita orkiestra, pewnie prowadzona przez maestro Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego i zredukowana do składu mozartowskiego, idealnie spajała się z głosami śpiewaków. Muzycy lekko i pewnie wydobyli całą inteligencję i bogactwo muzyki Mozarta już w sławnej uwerturze, dopisanej przez kompozytora w ostatniej chwili, bo zachorowała śpiewaczka i premiera w Teatro di Praga się opóźniła. Tylko w arii Ah, fuggi il traditor! zabrakło mi trochę dyrygenckiego pazura. Daniel Mirosław, wybitny bas-baryton u progu światowej kariery, obdarzony talentem aktorskim, stworzył przekonujący portret bezbożnego uwodziciela-erotomana. Jego Don Giovanni – piękny i okrutny – wspaniałym głosem opętywał kolejne ofiary. Artysta był równie znakomity w ariach i dialogach, co w legendarnie trudnych scenach zespołowych. W finale, po niemal trzech godzinach, głos Mirosława wciąż brzmiał świeżo i mocno – jego Don Giovanni był niezniszczalny. 

   Swemu panu sekundował brawurowo i z wielkim humorem Leporello. To postać żywcem przejęta z opery komicznej. Bas-baryton Bartosz Urbanowicz, wielki talent komiczny, był w tej roli obsadzony wyjątkowo trafnie. Jego Leporello w pierwszej arii opery – ze sławnym refrenem Voglio far il gentiluomo / E non voglio più servir (Chcę być szlachcicem i nie chcę dłużej służyć) – nawoływał wprawdzie do rewolucji, ale szybko zmieniał zdanie i już w kolejnej arii, omotany bluźnierczą charyzmą swego pana, obłudnie „pocieszał” Donnę Elwirę katalogiem miłosnych podbojów Don Giovanniego (640 uwiedzionych w Italii, 230 w Niemczech, 100 we Francji, 91 w Turcji, a w Hiszpanii 1003). Dialogi i przekomarzania Leporella z Don Giovannim to mistrzowskie popisy dykcji i humoru.

     Agnieszka Sławińska w roli Donny Anny zachwyciła przepięknym sopranem i wspaniałą kreacją. Świetna w duetach, triach czy sekstetach, porywała widownię ariami. Dreszcze szły, kiedy w drugim akcie podnosiła na duchu swego narzeczonego, Don Ottavia, poruszającą arią Non mi dir, bell'idol mio / Che son io crudel con te (Nie mów mi, ukochany, że jestem dla ciebie okrutna). Hanna Sosnowska to wymarzona wręcz Zerlina. Jako wiejska panna młoda uwodziła wspaniałym sopranem, naturalnym wdziękiem i rzemiosłem aktorskim. Radość życia nie opuszczała jej od pierwszego duetu z narzeczonym, wieśniakiem Masetto: Giovinette che fate all’amore (Dziewczęta, pragnące miłości). Krystalicznie czystym głosem wahała się – Vorrei e non vorrei (Chciałabym i nie chciała) – w sławnym duecie z Don Giovannim Là ci darem la mano (Tam podamy sobie ręce). Aleksandra Opała mocnym mezzosopranem ujawniła cały tragizm nieszczęśliwie zakochanej Donny Elwiry już w swej pierwszej arii Ah, chi mi dice mai / Quel barbaro dov’è (Ach, kto mi powie teraz, gdzie łajdak ten się podziewa). Szkoda tylko, że reżyser kazał artystce szarpać się z Zerliną na początku mojej ulubionej arii Ah, fuggi il traditor! (Uciekaj przed zdrajcą). Leszek Holec w roli wieśniaka Masetto, pana młodego, ofiarnie starał się odzyskać kontrolę nad własnym weselem, uległ jednak kaprysom amanta z wyższych sfer już w arii Ho capito, signor sì! (Rozumiem, tak, panie). Z kolei Don Ottavio, narzeczony Donny Anny, w wykonaniu Sylwestra Smulczyńskiego nabierał cech androginicznych. Jego delikatny, urzekający tenor w arii Dalla sua pace la mia dipende (Od jej spokoju, mój spokój zależy) zdawał się wręcz przechodzić w kontratenor. 

   Lorenzo Da Ponte, autor libretta, w swym pamiętniku chełpił się, że Don Giovanni to „najlepsza opera świata”. Da Ponte, nawrócony Żyd z Wenecji, pisał te słowa w Ameryce, wiele lat po premierze. Wykładał wtedy literaturę włoską w Nowym Jorku. Początkowo jednak wcale się nie zanosiło, że dzieło to kiedykolwiek powstanie.  Mozart miał wielkie kłopoty z dotarciem do Lorenza Da Ponte, nowo mianowanego poety na cesarskim dworze w Wiedniu. Cesarz Józef II powierzył dworskie rozrywki włoskim śpiewakom i kompozytorom. Mozart skarżył się w liście do ojca w 1783 roku: „Ci italscy panowie są bardzo grzeczni. Ale dość tego – znamy ich! Jeśli Da Ponte jest taki jak Salieri, nigdy nic z niego nie wydobędę”. Te właśnie listy zapoczątkowały po latach czarną legendę Salieriego jako „mordercy Mozarta”. Jesienią 1786 roku udało się jednak Mozartowi, podobno z pomocą samego cesarza, namówić Lorenza Da Ponte do współpracy. Napisali razem Le nozze de Figaro. Wielki sukces opery sprawił, że już rok później stworzyli razem kolejne dzieło, Don Giovanniego. Pierwsze reakcje, szczególnie w Wiedniu, nie były entuzjastyczne. Z czasem jednak Don Giovanni stał się jedną z najbardziej uwielbianych i najczęściej komentowanych oper.  Wiele osób zdawało się podzielać chełpliwą opinię librecisty. Operą oper”, zachwycał się E.T.A. Hoffmann, niemiecki pisarz i kompozytor-amator. Pisał w uniesieniu, że Don Giovanni wciela „nienasycone, płonące żądze” każdego szlachetnego serca do wzniesienia się ponad „życie doczesne” ku „światu wyższemu”. Duński filozof Søren Kierkegaard uznał Don Giovanniego za największe arcydzieło Mozarta, co dla niego było równoznaczne z najlepszym dziełem sztuki w ogóle. W Albo-albo dowodził, że tytułowy bohater, niemoralny i promieniujący erotyzmem, swymi namiętnościami opętuje i kreuje wszystkie inne postaci opery, aż do ich szaleństwa.

    Sto lat później we Wrocławiu brazylijski reżyser André Heller Lopes kontynuuje rozmyślania z Don Giovannim. Stawia światu okrutną diagnozę i zamyka wszystkie osoby dramatu w domu wariatów, wzorowanym – jak można się dowiedzieć z rozmowy w programie – na sławnym XVIII-wiecznym zespole pałacowo-klasztornym w Mafrze niedaleko Lizbony. Podobno w czasach Mozarta jedna z budowli tego kompleksu mieściła olbrzymią bibliotekę i szpital, gdzie leczono również obłąkanych. W spektaklu Brazylijczyka aktorzy powariowali od czytania. Polacy na szczęście książek unikają, więc nas ten problem nie dotyczy. Już podczas uwertury Don Giovanni siedzi przed olbrzymim regałem bibliotecznym, zapełnionym po sufit woluminami, i namiętnie czyta, zapewne komedię Moliera Don Juan, główne źródło Lorenza Da Ponte. U Moliera wielki uwodziciel zdaje się być impotentem i żeby to ukryć, nie cofa się przed żadną zbrodnią czy bluźnierstwem. W inscenizacji Hellera Lopesa Don Giovanni jest zdecydowanie inny, to czynny seksoholik w psychiatryku, próbuje zgwałcić koleżankę z ośrodka. Musiał mieć niezłą zabawę podczas czytania Moliera.   Komandor, lekarz i dyrektor tego szpitala wariatów, aplikuje lubieżnemu pacjentowi dziwaczną terapię szokową. Najpierw pozwala Don Giovanniemu siebie zamordować, a potem, w finale opery, straszy go wielką kukłą z olbrzymimi rękami i twarzą Jerzego Grotowskiego. Terapia nie działa, bo Don Giovanni nikogo się nie boi, nawet Grotowskiego. Śpiewak pada na scenę dopiero polany obficie wodą. Do ukłonów przemoczony Daniel Mirosław wychodzi w szlafroku. 

    Heller Lopes to reżyser bardzo aktywny i świetnie wykształcony. Wystawiał opery na wielu kontynentach, w 2011 roku obronił doktorat w prestiżowym King’s College London, a w Rio de Janeiro wykłada historię opery. Bardzo się postarał, żeby jego interpretacja najbardziej uwielbianej opery Mozarta była wyjątkowa. Scenę zabudował wysokimi regałami bibliotecznymi i ruchomymi piętrowymi łóżkami, osłoniętymi tiulami. Na regałach stoją książki. Za tiulami kryją się śpiewacy i chór. Don Giovanni, jak zdradził reżyser we wspomnianym wywiadzie, „odzwierciedla” postać brazylijskiego artysty, Artura Bispo do Rosário, który odnalazł w sobie Jezusa Chrystusa i został zdiagnozowany ze schizofrenią paranoidalną, a potem pół wieku spędził w psychiatryku o pięknej nazwie Colônia Juliano Moreira. Tam tworzył dzieła sztuki z przedmiotów znalezionych. 

   W jaki sposób pełen energii i całkiem zdrowy na umyśle Don Giovanni Daniela Mirosława „odzwierciedlał” postać Bispo do Rosário? Reżyser nie wyjaśnił, a w spektaklu zabrakło przypisów. Tu warto podkreślić, że w tym szczególnym domu wariatów, wybudowanym na scenie Opery Wrocławskiej, jedynie chór, podzielony na pacjentów i sanitariuszki, zdradzał objawy nietypowych zachowań. Kilka osób pozorowało na przykład grę na instrumentach, jedna pani wciąż tańczyła, a jeden pan udawał kościelnego dostojnika. Wszyscy inni zachowywali się całkiem normalnie. Jakby nie wiedzieli, że mieszkają w domu wariatów. Ciekawy koncept. I bardzo na czasie po ostatnich wyborach w Brazylii. My w Polsce też żyjemy „normalnie” i nie dostrzegamy, że nasz kraj coraz bardziej przypomina psychiatryk.

   Szczególnie intrygujące wydały mi się delikatne nawiązania do kultur Ameryki Południowej. Porzucona kochanka, Donna Elwira, owinięta krzakiem, wyglądała jak Frida Kahlo, utożsamiająca się z cierpiącym Chrystusem na sławnym Autoportrecie z naszyjnikiem z cierni i kolibrem. Kahlo namalowała ten obraz w roku 1940, po bolesnym rozstaniu z ukochanym Diego Riverą. Kostiumy wieśniaków z charakterystycznymi melonikami przypominały z kolei ubiory peruwiańskie, a wielka kukła Komandora wywodziła się z południowoamerykańskich parad. Wszystkie te nawiązania nadawały inscenizacji wymiar uniwersalny i częściowo usprawiedliwiały zaproszenie do pracy nad operą całej drużyny artystów z Brazylii. Bo reżyser przywiózł ze swej ojczyzny do Wrocławia także scenografa, reżysera świateł i projektantkę kostiumów.

    Reasumując. Przedstawienie, choć kontrowersyjnie wyreżyserowane, muzycznie jest wybitne. Podczas premiery widzowie gromkimi brawami nagradzali niemal każdą arię, a na koniec urządzili artystom owację na stojąco, o co w operze wciąż jednak trudniej niż w teatrze dramatycznym. 

                                                                                          Mirosław Kocur

P.S.

   Mogę tylko podkreślić to, co znakomicie zauważyli cytowni recenzenci: świetnie brzmiąca orkiestra, precyzyjna w szczegółach, stylowa, słowem doskonała, co nie jest tak typowe dla operowych przedstawień nie tylko w Polsce. Można poznać po tym wykonaniu, że dyrygent ma na swoim koncie kilkanaści płyt CD nagranych wcześniej głównie z Orkiestrą Symfoniczą Filharmonii i Opery Podlaskiej. Wielkie brawa !!!

                                                                                                             Stanisław Olędzki