8. Stanisław Olędzki, Muzyczna awangarda w stylu retro

   Z repertuarem współczesnym naszych instytucji muzycznych, jak twierdzi Bogusław Schäffer, ogólnie jest bardzo źle. W przeciwieństwie do epok dawnych, muzykę aktualnie komponowaną zepchnięto dzisiaj do rezerwatów — festiwali nowej muzyki.

   W Białymstoku, jak powszechnie wiadomo, od dawna i systematycznie nie dopuszcza się do głosu awangardy. Zresztą klasyki XX wieku, poza nielicznymi wyjątkami — też nie. A że brak nam także odpowiedniego festiwalu: nowej muzyce bardzo rzadko udaje się przecisnąć na białostockie estrady. Właściwie pozostawiono jej tylko jedną i to bardzo niewygodną furtkę, wręcz wyrwę w płocie, skutecznie — jak dotąd (ale do czasu) — chroniącą specyfikę białostockiego partykularza muzycznego, tego codziennego, nie festiwalowo-festynowego, przed zakusami współczesności. Tą furtką, a może tylko zaworem (czyjegoś) bezpieczeństwa był konkurs kompozytorski rozpisany z okazji VII Festiwalu Muzyki i Poezji. Nagrodzone i wyróżnione kompozycje zostały sukcesywnie prawykonane w bieżącym sezonie. Na pierwszym, majowym koncercie, reaktywującym po miesięcznej przerwie (!) działalność Białostockiej Filharmonii, zaprezentowano Uwerturę Białostocką Jana Fotka. Kompozycja ta pisana była zapewne z myślą o umiejętnościach wykonawczych orkiestry naszej Filharmonii. Wszakże z tego, co Fotek napisał, widać, a raczej słychać wyraźnie, że albo nie znał prawdziwego po-ziomu tych umiejętności, albo świadomie dla celów artystycznych ograniczył się do najprostszych, by nie rzec: prymitywnych środków techniczno-formalnych. Uwertura jest szeregiem krótkich studiów brzmieniowych, w których dochodzi do zderzenia tradycyjnie ukształtowanego materiału dźwiękowego (przebiegi gamowe, melodia Prząśniczki Stanisława Moniuszki) z próbami konstruowania układów sonorystycznych. Wydaje się, iż kompozytorowi bardziej zależało tu na zawartości kompozycji niż jej wartości, na przemówieniu nie tyle samą muzy-ką, co jej asocjacjami pozamuzycznymi. Dlatego natarczywie epatuje słuchacza nie tylko motywiką Moniuszkowskiej pieśni, ale także motorycznym tokiem partii fortepianowej, wywołującym skojarzenie z wirowaniem kołowrotka. Zaskakująca to estetyka u twórcy współczesne-go. O ile prymitywizacja języka dźwiękowego ma jakiś sens w kompozycjach archaizujących (ostatnio np. w Amen Henryka Góreckiego), stylizujących, czy wreszcie w collage'ach, gdzie prostota kumulowanych warstw jest warunkiem ich rozpoznawalności, o tyle w Uwerturze Fotka nie mogę znaleźć podobnego uzasadnienia. Pobrzękiwanie melodią Prząśniczki to za mało, by Uwertura Białostocka miała jakiekolwiek znaczenie w polskiej muzyce współczesnej. Zastanowić się można nad sensem pisania takich pretensjonalnych kompozycji i nad kryteriami sądu konkursowego. Wypada także zadumać się nad skutkami polityki repertuarowej Filharmonii dla kształtowania obrazu muzyki współczesnej, jeśli jej obecność zaznacza się wyłącznie takimi konkursowymi (u)tworami. W programie omawianego koncertu znalazły się nadto: jeszcze jedna uwertura - Polonia Ryszarda Wagnera, Chopina Fantazja na tematy polskie, Prokofiewa I Koncert fortepianowy i Ravela Bolero. Uwertura Polonia, nieposiadająca większej wartości artystycznej — jest to utwór młodzieńczy, napisany pod wrażeniem powstania listopadowego - przez swą zawartość w postaci cytatów polskich pieśni patriotycznych (w tym Mazurka Dąbrowskiego), budzi w Polsce żywsze zainteresowania. Sądzę jednak, że jeszcze większe zainteresowanie wzbudziłyby w Białymstoku zupełnie tutaj nie znane inne jego dzieła, zwłaszcza instrumentalne fragmenty dramatów muzycznych, grywane od dawna i powszechnie na filharmonicznych estradach. Orkiestra nie miała wiele pracy z Wagnerowską uwerturą, grając odpowiednio hucznie w marszowych tutti, i niebrzydko — w kontrastowych odcinkach cytujących owe patriotyczne śpiewy. O wiele trudniejszym zadaniem okazało się słynne Bolero Ravela i tylko częściowo z tej próby białostoccy muzycy wyszli obronną ręką. Instrumentaliści — soliści, poza jednym wyjątkiem (saksofon), wykonali słynny temat bez większych uchybień, niektórzy z bardzo pięknym frazowaniem; gorzej było w dalszych przeprowadzeniach tematu, zwłaszcza w miksturach instrumentów dętych. Do dyrygenta, którego rola jest tu niewielka, można mieć zastrzeżenia z powodu braku tego szczególnego a niewyrażalnego słowem klimatu, bez którego muzyka Ravelowska traci bardzo wiele. I jeszcze jedna pretensja: o pominięcie przeprowadzenia tematu w partii saksofonu tenorowego. Solista tego wieczoru, pianista Janusz Olejniczak, był znakomity zarówno w Chopinie, jak i w Prokofiewie. Swobodnie, w sposób naturalny i artystycznie uzasadniony, posługując się swą wielką techniką dał prawdziwe i pełne temperamentu kreacje obu dzieł. Za wykonany na bis taniec z Pietruszki Strawińskiego należą się mu od białostockich melomanów szczególne wyrazy wdzięczności, jako że kierownictwo artystyczne wytrwale i skutecznie bojkotuje w swych programach genialną twórczość tego kompozytora — klasyka XX wieku. Jedyny w maju koncert symfoniczny przygotował i prowadził Tadeusz Chachaj. Poza koncertami — popisami uczniów, dyplomantów szkół muzycznych Białegostoku i Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, o których pisać nie wypada, odbył się w maju jeden recital pianistyczny oraz koncert muzyki chóralnej. Tadeusz Kerner, pianista amerykański polskiego pochodzenia, w sezonie tym wystąpił po raz drugi, ukazując się z nie-co lepszej strony niż poprzednio. Interesujący program recitalu (Mozart, Chopin i Gershwin) przyciągnął co prawda niespełna 300 osób, ale ci, co przyszli, mogli — słuchając 15 pieśni Gershwina w opracowaniu fortepianowym kompozytora — poczuć przedsmak koncertów jazzowych, obiecywanych przez Filharmonię już od roku. W interpretacji Kernera Mozart był bardziej romantyczny niż klasyczny, zwłaszcza w warstwie brzmieniowej (gatunek dźwięku, pedalizacja) i dynamicznej (szerokie crescenda). Natomiast Chopin, a szczególnie Scherzo b-moll mogło zachwycić najwybredniejszych szlachetnością frazowania, dojrzałym wyważeniem elementu wirtuozowskiego, logiczno - formalnego i emocjonalnego. Na ostatnim koncercie maja wystąpił Zespół Muzyki Cerkiewnej przy Warszawskiej Operze Kameralnej. Mimo niewielkiego, bo zaledwie czteroletniego stażu, chór ten – pod kierunkiem Jerzego Szurbaka – opracował duży, liczący kilkaset utworów repertuar. Oryginalne cechy melodyczne i harmoniczno-brzmieniowe muzyki cerkiewnej sprawiają, iż staje się dla dzisiejszego odbiorcy fascynującym zjawiskiem artystycznym. Potwierdziła to reakcja słuchaczy tłumnie (festiwalowo) wypełniających salę Filharmonii.

                                                                                                         Stanisław Olędzki